„CUD, MIÓD, MALINA”
Aneta Jadowska
Wydawnictwo SQN

Już sam tytuł zobowiązuje. Bo to, w pewien sposób, obietnica, którą daje nam Autorka. Na coś szczególnego, wyjątkowego i rozkosznego. Na nieoczywistość i niebanalność. I cóż Wam mogę powiedzieć… Jeżeli macie ochotę na nudną, niesamowicie przewidywalną i potwornie banalną opowieść absolutnie nie wolno Wam otworzyć tej książki! Bo wciągnie Was od pierwszego zdania, a potem będzie już tylko lepiej i lepiej, i lepiej. To znaczy: spalicie czajnik, nie ugotujecie obiadu, zarwiecie noc byle by, tylko ani na moment nie rozstawać się z bohaterkami opowiadań Anety Jadowskiej.

Do tej pory moim niekwestionowanym ulubieńcem w kategorii „Autor gatunku fantasy” był Terry Pratchett. Jak nikt umiał łączyć to co rzeczywiste z tym, co magiczne. Świat Dysku, który stworzył, zaludniony przez wiedźmy, trolle, smoki i krasnoludy był jednocześnie światem bardzo ludzkim. Pratchett sam był czarodziejem umiejącym pisać o tym, co nieoczywiste i magiczne w taki sposób, że jednocześnie wydawało się zwyczajne (choć absolutnie kosmiczne) i zupełnie logiczne. Poza tym jego fantazja, poczucie humoru ironiczne, kąśliwe a momentami wręcz absurdalne, ale jednocześnie bawiące do łez, sprawiało
i nadal sprawia, że przy jego książkach odpoczywam, świetnie się bawię i co jakiś czas do nich wracam.
I nie przypuszczałam, że jest choć najmniejszy cień szansy na to, żeby ktoś mu dorównał. I trwałam w tym przekonaniu aż do momentu gdy sięgnęłam po „Cud, Miód, Malinę”. Otóż Aneta Jadowska dokonała tego samego: jej Koźlaczki (bohaterki opowiadań) są wiedźmami, czarują, rzucają uroki, robią niesamowite rzeczy, a jednak przyjmuje się to jak coś kompletnie normalnego. Tutaj magia jest… Bo jest. Oczywista oczywistość. Podobnie jak nikt nie dziwi się temu, że słońce rano wschodzi a wieczorem zachodzi.

To jest pierwszy niesamowity atut tej książki. A jest ich o wiele więcej. Zacznijmy od tego, że „Cud, Miód, Malina” to zbiór opowiadań. I szczerze mówiąc w pierwszym momencie wcale nie uważałam, że to plus. Nie jestem szczególną przeciwniczką tej formy, ale nie ukrywam, że pierwszym wyborem zazwyczaj jest powieść. A tutaj Autorka sprawiła, że absolutnie to nie przeszkadza. Bowiem bohaterkami każdego tekstu są Koźlaczki i to wystarcza. Łapczywie pożera się kartkę za kartką ze stale rosnącym apetytem. Tak samo dobrze czyta się o najmłodszej bohaterce – Malinie, jak i o jej matce Aronii i nestorce rodu Narcyzie - mojej ulubienicy. Skoro już przy tym jesteśmy, to wyznam Wam, że chciałabym mieć taką babcię  A jeżeli nawet nie babcię to ciotkę  Jest niesamowita, mogłabym nawet z nią sprzątać komórkę pod schodami. Uwierzcie, że wy też. Na dowód załączam ten cytat (najpierw wcześniejszy, żebyście wiedzieli o co chodzi z myszami):

„Szybko poszło, ucieszyła się w duchu. Mogła odhaczyć ten punkt i zabrać się do następnego na liście. Czyli nadszedł czas na amok, narkotyki i igranie z życiem. I pomyśleć, że gdyby nie wizyta Bernadetty Wagner, plan na dziś przewidywał sprzątanie komórki pod schodami, bo myszy się rozbestwiły i wkrótce mogły wziąć kota jako zakładnika… No nic, najpierw smoki i złole, a potem myszy. Trzeba mieć w życiu jakąś hierarchię ważności.”

A teraz już Narcyza w akcji  (może wykorzystacie ten sposób u siebie przy sprzątaniu):

„Trzy dni później sprzątała wreszcie w schowku pod schodami, nakłaniając myszy do przeprowadzki delikatną sugestią, że gdzieś tam, za progiem, są całe łąki sera i innych pyszności (…)”

Ale wracając do sedna. W książce nie przeszkadza również skakanie w czasie. Bo Autorka tak umie rozbudzić ciekawość i sympatię do bohaterek, że chce się poznać historię każdej z nich. Chce się zagłębić
w historię rodzinną, poznać wszystkie tajemnice, przeżywać przygody i choć na moment stać się członkinią rodu Koźlaków. I tu przechodzimy do kolejnego aspektu: do siły więzi rodzinnych, miłości, lojalności
i przyjaźni. Bo Koźlaczki mogą się kłócić, mogą być o siebie zazdrosne, ale gdy przychodzi co do czego stają za sobą murem. To piękna opowieść o silnych, pomagających sobie kobietach. O wyborze pomiędzy złem
a dobrem. O niełatwych kompromisach i o tym, że czasem trzeba wybrać mniejsze zło.

Nie zamierzam zbyt dużo opowiadać o samej fabule, ale chciałabym wspomnieć o dwóch opowiadaniach, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

Pierwsze to „Cyrograf trójstronny”. Tu jest wszystko to co lubię: dużo się dzieje, jest zagadka, siła więzi rodzinnych. No, a skoro już o rodzinie mowa, to tutaj pięknie ujawnia się stara prawda, że nawet
w najbardziej zżytym klanie, nawet jeżeli jest to klan wiedźm, to zawsze znajdzie się jakaś czarna owca, która namiesza i po której trzeba sprzątać. I tak Malina, najmłodsza z bohaterek jedzie do ciotki Glicynii, która jakoś tak nigdy nie dogadywała się zbyt dobrze z resztą rodziny i wyprowadziła się poza Zielony Jar – miasteczko zamieszkiwane przez ród. Jedzie i na miejscu zastaje istny galimatias: dziewczynkę obdarzoną niesamowitymi umiejętnościami, ogara piekielnego o wdzięcznym imieniu Kocik, demona i wiedźmę… Tyle tylko, że wiedźma nie jest tą, do której przyjechała nasza bohaterka. I tu zaczyna się cała akcja
z cyrografem opatrzonym kruczkami, czarną magią i mnóstwem innych atrakcji, a stawką jest życie. I to niejedno. Na całe szczęście Malina nie zostaje z tym wszystkim sama. Ostatecznie po coś ma się rodzinę
i to taką, która wyznaje zasadę: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!

Drugie z opowiadań to „Niepozorny talent”. Mój absolutny faworyt! Trzyma w napięciu, wzrusza i co więcej - porusza ważne kwestie dotyczące przemocy domowej i strachu przed oprawcą. Bezradność, brak oparcia u bliskich, którzy umywają ręce. Wielka miłość do dzieci. Tak, nie mylicie się, to cały czas ta sama książka.
A skoro tak, to wiadomo, że Koźlaczki nie będą wobec takiej niesprawiedliwości i krzywdy stały bezczynnie. Choć wiedzą, że mogą zapłacić za to najwyższą cenę. I to nie tylko one, ale również mieszkańcy całego Zielonego Jaru. To opowiadanie jest rewelacyjne. I nie zdradzę nic więcej. Przeczytajcie. A potem tak jak moja ulubiona Narcyza chwyćcie za miotłę:

„…sięgnęła po miotłę i energicznie zamiotła werandę. Na szczęście. Żeby trwało jak najdłużej. Dla jej sabatu, dla rodziny, dla wszystkich jej wiedźm. Także tych o niepozornych talentach, ale wielkich sercach.”

Bo wiecie… Każdy z nas choć troszkę może być taką wiedźmą (albo magiem, choć w tej książce to niewątpliwie kobiety grają główną rolę). Niepozorne talenty czasem dają niesamowite rezultaty,
a sednem tego wszystkiego jest miłość.

Reasumując, koniecznie, po prostu koniecznie musicie sięgnąć po „Cud, Miód, Malinę”. Jest w tej książce
i jej bohaterkach jakaś magia(i tu nie mówię o tej służącej do rzucania zaklęć, uroków i płatania figli). Chodzi mi raczej o taką, która sprawia, że czujemy się w rodzie Koźlaków jak u siebie. Że nagle zżywamy się z Koźlaczkami tak bardzo, że chętnie spakowalibyśmy walizki i wpadli na weekend, a może dłużej do Zielonego Jaru, na pogaduchy i kawę z posypką witalności, albo dodatkiem zwiększającym energię
i zawartość kofeiny… Magii, która sprawia, że gdy zamyka się książkę już się żałuje, że to koniec. A to chyba najlepsza rekomendacja i już nic więcej nie trzeba dodawać.

15 lutego 2021