Dzień drugi i moc już z nami... Na Wielką Sowę marsz!

Piękna pogoda, ale jak zastrzegła Magda, moja urocza pogodynka, jedynie do 15, bo... później będzie padać. Tako rzekła jej pogodowa apka, ale kto by tam wierzył... Dla świętego spokoju, przyjmuję, że tak będzie. Plan był prosty, dnia poprzedniego, wśród ludzi wykształconych nazywanego czwartkiem, zleźliśmy się jak jaki (takie kopytne – patrz foto). Lód, śnieg, woda tu i ówdzie, więc dzisiaj miało być na totalnym lajcie... najpierw jednak mieliśmy zakupić raczki.
A zatem wykonałem godzinna kwerendę po sklepach sportowych
w okolicach Polanicy (bliższej i dalszej), podzwoniłem i już wkrótce miałem to! To znaczy wiedzę, ze nigdzie raczków nie kupię... Jedynym miejscem, pośród przeróżnych miejsc na mapie sklepów sportowych, gdzie chociaż częściowo można było zaspokoić nasze potrzeby był sklep w Kłodzku, ale że raczki były tylko dla mnie, a to mojej ukochanej bardziej były potrzebne, to odpuściliśmy temat. Tym nie mniej – jedynie tutaj było cokolwiek. Pokrótce – nie udało się, więc... pojechaliśmy na Wielką Sowę.

 Może pamiętacie, Magda kiedyś miała plan zdobycia Korony Gór Polskich, więc ta Sowa, jak najbardziej wpisała się w harmonogram. Byliśmy już na tym szczycie dwa razy, oba latem. Pierwszy atak na szczyt miał miejsce rano (mieszkaliśmy wtedy w Sokolcu, u bardzo przyjemnych ludzi, w agroturystyce, nazywało się to chyba „U Pajdów” albo jakoś podobnie, przechodząc patrzyliśmy na nich z góry, dom stoi więc może i pensjonat nadal działa). Ówczesnej niskiej temperaturze spadającej miejscami nawet do 59 st.F towarzyszyły gęste mgły, widać było jedynie na kilka metrów. Szlak nie był zbyt trudny, chociaż cały czas niemal pod górę, ale młody wiek czynił cuda i co najwyżej czasami człowiek trochę sapnął. Było chłodno, pięknie i magicznie... Góra też niczym Erebor przygotowała nam niespodzianki. Gdy już trochę się zasapaliśmy i byliśmy już dość, jak nam się wydawało, wysoko, mgły zgęstniały. Przeczucie (i trochę mapa) podpowiadały mi, że szczyt jest już naprawdę blisko... Nagle z mgły wyłoniło się ogrodzenie z bali i jakaś ławeczka i stół.. Przysiedliśmy na chwilę, ostatnia baza przez podejściem pewnie... - pomyślałem. Mgła jak mleko, więc i tak ze szczytu nic widać nie będzie, ale zaliczyć trzeba. I siedząc sobie, patrząc na siedzącą po drugiej stronie stołu moją piękną żonę, poczułem na plecach lekki powiew wiatru, jak na jeziorze, gdy flauta, tak dla mnie opatulonego w mgły, ten wiatr niósł wiadomość... Pora ruszać! I wtedy, niemal dokładnie w chwili, gdy chcieliśmy już wstać i iść szukać wierzchołka, pojawiła się ona... Majestatyczna, szara, okrągła... wieża widokowa na Wielkiej Sowie. Odpoczywaliśmy na polanie w towarzystwie mgły i skrytej w niej wieży, była ledwie kilkanaście metrów od nas, ale mgła ukryła ją skutecznie. Cóż pogłaskaliśmy i poszliśmy dalej, bo schodziliśmy inną drogą, pośród pasemek niknącej mgły, w wilgotnych trawach i magicznie wręcz pojawiających się przed nami kępach fioletowych naparstnic... Było pięknie.

 

Drugi raz – to było normalnie do bólu, ładna pogoda, ciepło, widoki doskonałe – nie ma co wspominać.

Jednak dzisiaj, pierwsze zimowe zdobycie Wielkiej Sowy! Wielki dzień, brak raczków nie powinien nam w tym przeszkodzić! Ciepło, nadal słonecznie (gdzie ten deszcz, pogodynko) i lekki plecak, jedynie woda, bułka i odrobina kiełbasy... Do dzieła zatem! I się zaczęło... Zaparkowaliśmy tuż nad Sokolcem, na parkingu u bacy, a przynajmniej tak ten miły pan wyglądał, za 10 zł. Ucieszyło mnie to, bo w innych miejscach bywa znacznie drożej, zwłaszcza, że tuż nad naszymi głowami znajdowały się wyciągi i stoki narciarskie, które skutecznie mogły podbić cenę. Z drugiej strony, stały tam trzy, może cztery auta... mam nadzieję, że w ciągu dnia przewinęło się ich więcej, bo po miesiącach zamknięcia to pewnie im trudno żyć, bo w dużym zakresie pewnie żyją z turystyki. Tym nie mniej, radośnie chlupiące pod nogami błoto parkingu dawało nadzieję na przyjemny
i nieoblodzony szlak na górę, gdzie brak raczków, absolutnie przeszkadzać nie będzie! No to siup! Stanęliśmy pod wybrukowaną drogą w kierunku Schroniska Orzeł. Pamiętałem to podejście „płastrzym”... Widać ruchy górotwórcze w tej okolicy jeszcze się nie zakończyły. Kozicy, która przebrała się za moją Magdę, zupełnie to nie przeszkadzało. No dobra, mnie może też nie tak bardzo, ale nabyte w toku życia dodatkowe doświadczenie mierzone w kilogramach na pewno nie pomagało... Przynajmniej było ciepło, sucho i droga była bardzo przyjemna (znów w myślach pojawiło się pytanie – co z tym deszczem?). Za Orłem jednak warunki nieco się zmieniły, pojawiła się lekka tu i ówdzie przetarta nieco pokrywa śnieżna... Trochę lodu, którego głównie nie lubi Magda, trochę błota, które zbytnio nikomu nie przeszkadza i trochę cienia, który wyraźnie obniżył temperaturę odczuwalną. Zapięliśmy kurtki
i raźno szliśmy dalej, myślą przewodnią było, że raczki by się przydały, ale jest byczo (może nawet bardziej sowio, bo to jednak Wielka Sowa, nie Wielki Byk). W dobrych nastrojach i suchych butach dobiliśmy czerwonym szlakiem do schroniska Sowa, gdzie nasz cały plan legł w gruzach, gdy miły skądinąd obywatel oznajmił, że na szczyt prowadzi szlak po samiuśkim lodzie (jak rozumiecie, tutaj brak raczków, a nawet raków wydał się już problemem nierozwiązywalnym). Słabsi psychicznie ludzie mogliby usiąść i płakać. Rozpacz wydarłaby im serca z piersi, a szczególnie wrażliwi mogliby nawet rozważyć powrót do auta! Wszak szlak nasz wiódł na Wielką Sowę, zimowy atak na szczyt miał być jej pierwszym zimowym zdobyciem, później mieliśmy zejść (czerwonym) na rozdroże pod WS
i na Kozie Siodło, aby przez Rozdroże pod Kozią Równią i Lisie Skały wrócić do Sokolca (niebieskim). Tymczasem lód i okrutna zima zmusiła nas do zmiany planów! Sami powiedzcie, kto w lutym spodziewa się śniegu w górach?!

Nie było co płakać, podjęliśmy decyzję, że w związku z przeszkodami obiektywnymi nie zdobędziemy nic, a jedynie pospacerujemy. Decyzja była słuszna! Spokojnie spod schroniska Sowa żółtym szlakiem poszliśmy na spacer. Nieśpiesznie, ciesząc się słońcem (znów pojawiło się pytanie o obiecany deszcz) i podziwiając przepiękne widoki doszliśmy sobie do Koziego Grzbietu po drodze mijając uroczy i malowniczy Sowi strumień i skierowaliśmy się na platformę widokową. Nagle, niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, słońce zniknęło, pojawiły się chmury, zrazu nieliczne, jednak sprowokowały nas do odpuszczenia sobie widoków, zwłaszcza, że szarość zawładnęła już górami i tak nic by zobaczyć się nie dało. Dość szybko schodziliśmy drogą od Siodła i po kilkunastu minutach wbiliśmy się na niebieski szlak, tak, tak, ten sam, którym mieliśmy wrócić na parking do Mańka (nasz samochód). Chmury nie ustępowały, my w pośpiechu rzuciliśmy okiem na otaczające nas piękne okoliczności przyrody. Idąc, tym razem wzdłuż Sowiego potoku, miałem wrażenie, że kiedyś było tam znacznie więcej zabudowań, resztki kamiennych fundamentów i pojedyncze drzewa owocowe kusiły myślą, aby spojrzeć wstecz, tak sto lat,
a chociaż osiemdziesiąt, tylko spojrzeć i zobaczyć, jak kiedyś żyli tutaj ludzie... W końcu dotarliśmy do parkingu, niebo zaciągnęło się chmurami już całkiem i w dwie lub trzy minuty po zamknięciu drzwi samochodu się rozpadało. Może nie szczególnie mocno, ale wystarczająco, aby w kilka minut przemoknąć. Uznałem że nie będę śmiał się już więcej z mojej ukochanej pogodynki i jej aplikacji pogodowych. Miało padać od 15, a była 15.05...

 

Reasumując, to nie plotki, że zimą, nawet już taką, która ustępuje wiośnie, w górach może być ŚNIEG i LÓD. Warto więc nieść w plecaku raczki... To prawda, że aplikacja pogodowa może mieć rację, co do pogody (!) i po ostatnie, że jak chcecie iść na Wielką Sowę, to gorąco polecam chłodny letni poranek, gdy wstają mgły i widoki są magiczne. Aha, i nie bójcie się zmiany planów, to nic, że nie zrobicie tego, co zaplanowaliście, możecie zrobić to kiedy indziej. Nic się nie stanie, gdy szlak będzie krótszy niż zakładaliście. Dajcie sobie szansę, spójrzcie z dystansem i zwolnijcie. Smakujcie życie! I na koniec pytanie, czy byliście kiedyś na Wielkiej Sowie i jakie góry w naszym pięknym kraju lubicie najbardziej?

04 marca 2021