Magia, słowiańskie wierzenia, moc miłości… Czyli „Dwór rusałek” Doroty Gąsiorowskiej poleca się waszej uwadze!

O tym, że zarwałam noc czytając „Dwór Rusałek” Doroty Gąsiorowskiej już wiecie  Ale tego jak zaczynałam czytać nie mogliście aż do teraz. Pozwólcie więc, że zacznę od tego co mnie zafrapowało do tego stopnia, że zanim otworzyłam powieść pobuszowałam trochę w Internecie. Bo właśnie tak zaczęłam czytać „Dwór Rusałek”. Nie otwierając książki.

Zaczęłam standardowo od przeczytania notki na tylnej okładce:

 

Stary dwór nad jeziorem i tajemnica, którą rozwikłać może jedynie ktoś o wyjątkowo wrażliwym sercu…

Olga zawsze czuła, że nie pasuje do coraz szybciej pędzącego świata. Cicha i nieśmiała, nie oczekuje od życia zbyt wiele. Prowadzi księgarenkę w samym sercu Wilna i marzy o wspólnym życiu z ukochanym.

Jednak przebiegły los ma wobec niej inne plany. Olga niemal z dnia na dzień traci wszystko: księgarnię, w którą włożyła całe serce, i mężczyznę, który jak się okazuje, od dłuższego czasu ją oszukiwał.

Zupełnie zagubiona, przypadkiem trafia do dworu na Podlasiu, położonego nad przepięknym jeziorem. I kiedy już wydaje się, że odnalazła bezpieczną przystań, dziewczyna wpada na trop tragedii sprzed lat. W dodatku zbliża się rusałczy tydzień, a wraz z nim śmiertelne niebezpieczeństwo. Znad jeziora tymczasem coraz częściej dobiega tajemniczy śpiew…

Czy Oldze uda się uniknąć losu kobiet, które wcześniej mieszkały we dworze?

Czy pozna smak prawdziwej miłości, nie płacąc za to najwyższej ceny?

 

Kto zagląda tu do mnie często ten pewnie domyślił się już co mnie w tym powyższym tekście zaintrygowało najbardziej. Otóż „rusałczy tydzień” podziałam mi na wyobraźnię. Pomyślałam: brzmi fajnie. I zaczęłam szukać. I wiecie do jakich wniosków doszłam po tych poszukiwaniach? Otóż do takich, że trochę szkoda, że słowiański kalendarz świąt już nie obowiązuje! Szczególnie ten wiosenny, bo rusałczany tydzień właśnie stamtąd się wywodzi i jest jedynie kroplą w morzu wiosennych uroczystości! Właściwie jest ich tyle, że gdybyśmy zaczęli to poszlibyśmy w tany na wiele tygodni... I tak najpierw Stado, Rusalny Tydzień, Zielone Świątki, Kupała, Pogrzeb Jarowita…

 

W najbliższym czasie opiszę Wam te wszystkie ciekawe obrządki, bo temat wciągnął mnie niesamowicie ale teraz wspomnę tylko o Rusalnym Tygodniu, bo ma bezpośredni związek z „Dworem Rusałek”. Otóż moi drodzy zapewne się zorientowaliście, że mamy wiosnę… A pełnia wiosny to istny raj dla nimf, wodników, rusałek. Tak, tak to właśnie teraz. I to jest również doskonały moment by zażegnać niebezpieczeństwo związane z tymi „przemiłymi” (no dobrze z reguły wcale nie są sympatyczne w najmniejszym nawet stopniu) demonami wodnymi. Ot weźmy na tapetę wspomniane wyżej rusałki. Tylko dybią żeby zwabić człowieka jak najbliżej wody i sprawnie go utopić. Albo załaskotać na śmierć. Ot taki jakiś dziwny fetysz  W każdym razie przestrzegano by w tym czasie nie zażywać kąpieli, nie zbliżać się do rzek i jezior, nie chodzić samotnie po lesie, bo na takich beztroskich osobników czyhały rusałki. Robiono wszystko by się przed nimi zabezpieczyć ale również zjednać sobie ich sympatię. To dla nich właśnie wieszano kawałki bielonego płótna na drzewach, rozstawiano gdzieniegdzie sól i chleb, a nawet odprawiano obrzędy, na przykład najpiękniejsze dziewczęta ze wsi przebierano w powłóczyste szaty, przystrajano wiankami i odprowadzano za granice wsi. Nazywano to rytuałem odprowadzania rusałek. W czasie pochodu tańczono i śpiewano. Tak potraktowane rusałki musiały odejść a do wsi mogły wrócić dopiero w następnym roku. Czasem traktowano rusałki z większym przymrużeniem oka i dziewczęta ubrane w długie koszule, umazane błotem i z obowiązkowo rozwianym włosem biegały po wsi, udając rusałki i strasząc tych, którzy nawinęli im się pod rękę.

 

Tymczasem wróćmy do powieści. W „Dworze Rusałek”. Dorota Gąsiorowska pięknie wykorzystała słowińską wiarę
w Rusalny Tydzień i stworzyła z niej bazę do intrygującej opowieści. O tęsknocie za ciepłem, miłością, rodziną. Opowieści, w której rozwikłanie tajemnicy z przeszłości stanowić będzie o przyszłym szczęściu bohaterów. To historia pięknie splatająca to co było z tym co trwa. Wychodząca naprzeciw naszym pragnieniom.
I pokazująca, że czasem nie ma innego wyjścia jak tylko uwierzyć w siebie, bo ta jedna, malutka wiara może uratować wiele osób.

 

Nie będę pisała wiele o fabule, bo mam nadzieję, że większość z Was sięgnie po tę powieść. Natomiast nie mogę nie wspomnieć o tym, że Dorota Gąsiorowska zrobiła coś co uwielbiam. Sprawiła, że po odłożeniu „Dworu” nie mogłam z miejsca sięgnąć po kolejną książkę. Tak przywiązałam się do dworu na Jesionce, do klimatu, który panował w opowieści, że zwyczajnie musiałam mieć czas na pożegnanie się z ludźmi, którzy niepostrzeżenie stali się moimi przyjaciółmi, a dwór miejscem, gdzie razem z Olgą, Loreną, Leszkiem i Liamem spędziłam intrygujący, okraszony magicznymi chwilami czas.

 

Mam nadzieję, że i wy zajrzycie na Podlasie i dacie się zaprosić do starego domu, pójdziecie razem z Olgą nad jezioro i posłuchacie nieziemskiego śpiewu. Do czego z całego serca Was zachęcam!

Wasza Magdalena

 

12 kwietnia 2021