Polanica tu – Polanica tam...
- nie zawsze trzeba jechać samochodem

Czy zdarza Wam się, że Wasze plany znienacka biorą w łeb?  Mi zdarzyło się to ostatnio. Ni mniej, ni więcej, już 3 marca chciałem zaprosić Was na nasza ostatnia wycieczkę z lutowej serii polanickiej, a tymczasem... marzec mi się rozpędził i tu już 10! Tym razem nigdzie nie jechaliśmy samochodem, można powiedzieć, że wprost z pokoju wyszliśmy na szlak. Tak jak najbardziej lubię.

 

 

Polanica Zdrój – Piekielna Góra – zamek Leśna Skała – Szczytna – Ślepowron - Lądko – Bukówka - Polanica Zdrój

 

 

Zapraszam Was zatem w okolice Polanicy! Nie wiem, czy to tylko ja mam tak, że ostatni dzień wyjazdu, tuż przed powrotem do domu jakoś się rozłazi, plany się nie składają, pomysły nie takie, ogólnie dzień zwykle jest stracony. Tym razem wydarzyło się jednak inaczej. Co prawda, mieliśmy zaplanowaną wycieczkę, a nawet dwie – dłuższą – owo pokazane obok 14,6 km i krótszą – jakieś 7 km. To jednak, że udało nam się wyjść to wyłącznie zasługa Magdaleny, która uznała, że tracenie tak pięknego dnia, jakim była słoneczna niedziela 28 lutego, to po prostu głupota. Więc poszliśmy.

Szlak (żółty) początkowo prowadził nas przed polanickie uliczki, pośród starych domów, których architekturę uwielbiam. Co ciekawe, w Polanicy jest czysto, a chodniki
w większości są równe. Według mnie, miasteczko jest całkiem zadbane (chociaż zapewne znajdą się tutaj rzeczy, które denerwują mieszkańców, ale na wyjazd jest OK przypomnę Wam tylko, że to już nasze drugie pobywanie w Polanicy w ogóle, a w willi Lessing w szczególności i dadzą starzy bogowie, że nie ostatnie). Po asfaltowej, ładnie zadrzewionej drodze przyszło nam się mierzyć z szlakiem idącym w górę po błotku, którym dotarliśmy (nawet nie zmęczeni) na Piekielna górę, oferującą bardzo przyjemne widoki, a zmęczonym kilka chwil wytchnienia. Mam wrażenie, że nieco dalej jest jakaś knajpka(?) o nazwie Piekiełko, gdy jednak przechodziliśmy, była zamknięta – niech szlak trafi pandemię!

Dalej było równie miło, leśnie i malowniczo. Spokojnie dotarliśmy pod zamek Leśna Skała, obok którego, na skałkach utworzony jest punkt widokowy. Zaiste warto popatrzeć! Zejście spod zamku do Szczytnej nie jest specjalnie trudne, chociaż strome i nieco podnosi ciśnienie, zwłaszcza, gdy za wami, przez furtkę w ogrodzeniu zamkowym (bo musicie nią przejść idąc żółtym szlakiem) przeciska się ryczący krosowy motocykl z jeźdźcem piekieł na siodle. Na szczęście, dość wąska ścieżka, którą się schodzi, nie musiał pomieścić nas wspólnie, bowiem motorzysta spojrzał na nas łaskawie i miast trawersować zbocze naszą(!) ścieżką, pojechał wprost w dół, pomrukując po drodze w naszym kierunku zwyczajowe „Dobry!”, czym mu się zrewanżowaliśmy ujęci jego szlachetną postawą. Tutaj oczywiście mam wątpliwości, czy to miejsce jest akurat przewidziane do crossowania, ale nie jestem leśniczym, aby prostować tego człowieka.

 

Szczytna to małe, senne miasteczko, które pewnie odżywa w sezonie, ale nas powitało zadumą i milczeniem. Jedynym jasnym punktem były kolana dwóch, jakże bliskich mi osób uwiecznionych w metalowych odlewach na skwerze z widokiem na Leśną Skałę. Ci, nie boję się powiedzieć, jedni z najjaśniejszych słowiańskich postaci w panteonie bohaterów literackich czekają także na ciebie, przysiądź obok nich lub wespnij się im na kolana w zależności od preferencji i poczuj jak chłodne piwo ze Szwejkiem lub mocniejsze wino, najlepiej węgrzyn (ewentualnie miód kasztelański) z Zagłobą smakuje najlepiej...

My nie piliśmy... Poszliśmy dalej małymi uliczkami raptownie kończącej się Szczytnej. Szlak wyprowadził nas na śródpolną drogę, która prosto jak strzelił prowadziła do majaczącego w oddali lasu. I owa droga właśnie stała się jednym z największych hitów tego dnia, błoto, które na niej powstał dzięki rozmarzłemu śniegowi i gliniastej ziemi było doprawdy epickie! Lepiło się do butów, brudziło spodnie, ale na szczęście trwało tylko chwilkę, chwilkę, po której znów zagłębiliśmy się w uroczy sudecki las. No i w zasadzie już do samej Polanicy lasem szliśmy. Na bezwzględną uwagę zasługuje tutaj miejsce nazwane „zakątkiem mrówek”. Jego lokalizacja trochę rozmija się z mapą, z której korzystamy, ale da się trafić. Ale co znajduje się tak tak niezwykłego? Mrowiska w lesie – wow! - zapewne pomyśleliście, ale to rzeczywiście wow! Otóż, zapewne każdy z Was widział mrowisko, takie średnie 40-50 cm wysokości, pewnie widzieliście także dwa..., ale czy widzieliście ich 50, czy 60 w jednym miejscu? Ja wcześniej nie widziałem... Ciekawe jak to wygląda latem, czy chodzi się tam po kobiercu z mrówek? Na pewno to sprawdzę.

 

Pora jednak wrócić już do Polanicy i podsumować. Cała trasa, jak widać na zdjęciu, to jedynie 15 km. Szlak jest łatwy, nie ma trudnych podejść, ani stromizn utrudniających schodzenie. Są za to różne przestrzenie: pól, łąk śródleśnych, lasu wysokiego. Są też piękne widoki, może nie zapierają dechu w piersiach, ale można szeroko się uśmiechnąć. Ogólnie na pewno wrócę tam latem, bo znów chcemy odwiedzić Polanicę Zdrój i Wam to też szczerze polecam! Zwłaszcza, że może do tego momentu otworzą już knajpy i będziemy mogli usiąść w naszej ulubionej polanickiej restauracji Polskie Smaki? Dowożą teraz i też jedliśmy od nich jeden obiad, ale zjeść w knajpie, to zjeść w knajpie... Czego i Wam życzę! 

 

Na koniec, powiedzcie proszę, jakie jest Wasze ulubione miejsce w okolicach Polanicy, a czy może kiedyś jedliście coś we wspomnianym wcześniej „Piekiełku”?

kk

10 marca 2021